Stoimy na solidnych fundamentach
Napisał: Mirosław Ostrowski   
poniedziałek, 08 maj 2006
Rozmowa z prof. Dariuszem Filarem, członkiem Rady Polityki Pienięznej, gościa Tygodnia Społecznego.

- M. Kubera. Inflacja za 12 miesięcy spadła do bardzo niskiego poziomu 0,4 proc. dużo poniżej celu inflacyjnego. Dlaczego jeszcze niedawno nikt nie przewidywał takiego spadku inflacji?

 

 

- Prof. Dariusz Filar. Na niską inflację składa się wiele elementów, m.in.: wrześniowa obniżka akcyzy na paliwa i późniejsze ograniczenie marż producentów paliw. Gdyby nie to inflacja byłaby o ok. 0,5 proc. wyższa i wyniosłaby 0,9 proc. Kolejny czynnik to ptasia grypa. Drób w koszyku inflacyjnym stanowi ok. 3 proc., a jego ceny spadły o ok. 10 proc. Daje nam to kolejne 0,3 proc., czyli inflację na poziomie 1,2 proc. Od listopada zamknięto nam rynek rosyjski, gdzie przede wszystkim sprzedawaliśmy wieprzowinę. Jeżeli dało to spadek inflacji tylko o 0,1 proc., to powoli zbliżamy się do dolnej granicy celu inflacyjnego.

Na tak niską inflację zadziałało więc szereg krótkookresowych, nadzwyczajnych czynników, których wcześniej przewidzieć nie było można. To nie zmienia faktu, że inflacja i tak jest niska. Z ostatnich rozważań Rady Polityki Pieniężnej wynika, że działają tu dość silnie czynniki globalizacyjne. Do Polski coraz szerszym strumieniem napływają towary z krajów o niskich kosztach wytwarzania. W przypadku odzieży i obuwia od wielu miesięcy mamy systematyczny spadek cen.

 

 

- Czy w związku z tym w lecie, kiedy tanieje żywność, możemy spodziewać się deflacji?

 

 

- Trzeba tu wziąć pod uwagę, że silnie rosną nam płace i przyzwoicie wzrasta zatrudnienie. Jeszcze niedawno nowych miejsc pracy przybywało rocznie w tempie 2 proc., a teraz jest to już 2,7 proc. Jeśli miejsca pracy przemnożymy przez wyższe płace, otrzymujemy odpowiednio wyższy fundusz płac. Dlatego Polacy zaczynają coraz śmielej kupować, co pokazują ostatnie dane o rosnącej sprzedaży detalicznej, które zaskoczyły analityków. Bardzo dynamicznie rosną też kredyty, nie tylko mieszkaniowe, ale również konsumpcyjne. Polacy mają więcej pracy, śmielej pożyczają i kupują. Dlatego ważniejsze jest pytanie nie o to, jak dalece jeszcze może spaść inflacja, ale jak długo utrzyma się ona na tak niskim poziomie? W tej chwili widać, że inflacja będzie niska przynajmniej przez drugi kwartał, a być może także przez trzeci. Natomiast w czwartym kwartale możemy się już spodziewać jej wzrostu.

 

 

- Co sądzi pan o pomyśle obarczenia NBP odpowiedzialnością za wzrost gospodarczy?

 

 

- Zarówno obecne zapisy konstytucji, jak i ustawy o NBP, w tej kwestii są bardzo rozsądne i wyważone, a także zgodne z międzynarodową praktyką i standardami UE. Mówią one, że NBP dba przede wszystkim o jakość pieniądza i może wspierać rząd oddziałując na gospodarkę, jeżeli nie zagraża to podstawowemu celowi. Nie jest tak, że my nie bierzemy pod uwagę wzrostu gospodarczego. Nie mamy celu w postaci określonego wskaźnika wzrostu gospodarczego, ale to co się dzieje z dynamiką gospodarki obserwujemy niezwykle uważnie, gdyż to ma związek z inflacją i polityką stóp procentowych. Doprowadzenie do sytuacji, w której bank miałby odpowiadać za określony poziom wzrostu gospodarczego prowadzi do psucia pieniądza. Polityk X będzie wtedy mógł powiedzieć: "Chcieliśmy mieć wzrost 6 proc., a jest 3,5 proc., więc trzeba go pobudzić". Można byłoby to zrobić, ale tylko na krótko i za cenę pozbawienia społeczeństwa stabilnego pieniądza. Nie wiem, czy propagatorzy tego rozwiązania nie zdają sobie z tego sprawy, czy też jest to chęć dobrania się do beczki z miodem i kupowania za zepsute pieniądze głosów wyborców. Bez względu na motywacje, w dłuższej perspektywie jest to dla gospodarki fatalny pomysł.

 

 

- Agencja Standard & Poors obniżyła ocenę ratingową Polski z pozytywnej na stabilną. Jaki wpływ na polską gospodarkę i zagraniczne inwestycje może mieć niestabilna sytuacja polityczna i dojście do władzy ugrupowań populistycznych?

 

 

- Agencja powiedziała w ten sposób, że nie spodziewa się u nas poprawy sytuacji w najbliższej przyszłości. Nazwałbym to delikatnym wyprzedzającym ostrzeżeniem. Jeżeli spojrzymy na sytuację gospodarczą w Polsce w ostatnim półroczu, to okaże się, że rynki finansowe okazały się zaskakująco odporne na sytuację polityczną. To ma swoje uzasadnienie. Inflacja jest niska, wzrost gospodarczy dobry, na rachunku obrotów bieżących mamy jeden z najniższych deficytów w całej Europie Środkowo-Wschodniej, bilans płatniczy jest na plusie, a rezerwy walutowe są w odpowiedniej wysokości. W fundamentach gospodarki nie ma powodów do obaw. Pojawia się tylko zagrożenie, czy ktoś w którymś momencie nie zacznie tego naprawdę psuć. Taki objaw poważnego psucia finansów państwa dotychczas mieliśmy jeden ustawa becikowa, za którą odpowiedzialność ponosi zresztą parlament. To było nieplanowane wcześniej podniesienie wydatków budżetowych. Dlatego teraz agencja S&P mówi nam: uważajcie, bo jeżeli ktoś zacznie psuć system finansowy i monetarny państwa, to będziemy dawali gorsze oceny, a to w dłuższej perspektywie przełożyłoby się na reakcje rynków finansowych i bezpośrednich inwestorów zagranicznych. Ostatnio śmiało wchodzą oni do Polski, właśnie dlatego, że mają zaufanie do perspektyw naszej gospodarki.

 

 

- Skąd w takim razie wśród sporej części społeczeństwa bierze się rozczarowanie obecną sytuacją gospodarczą?

 

 

- Jesteśmy na ogół niecierpliwi. Chcielibyśmy, żeby dobrze było od jutra. Gospodarka ma to do siebie, że rozkręca się stopniowo i potrzebuje pewnych stabilnych ram, żeby móc tego rozpędu nabrać. W przypadku decyzji RPP czas, który jest potrzebny na to, żeby decyzja o zmianie stopy procentowej rzeczywiście odzwierciedliła się w gospodarce, to 5 do 7 kwartałów. Gospodarka polska razem z gospodarką światową miała bardzo złe lata 2001-2002. Od 2003 r. widzimy jednak systematyczne przyspieszanie. Od końca zeszłego roku przełożyło się to na wyraźny wzrost zatrudnienia.

Skoro wzrasta nam zatrudnienie i mamy przyzwoity wzrost gospodarczy, dlaczego stopa bezrobocia wciąż utrzymuje się na bardzo wysokim, bliskim 18 proc., poziomie?

Pojawiają się bardzo wyraźnie niedopasowania podaży pracy i popytu na pracę. Wiele firm dziwi się, że przy tak wysokim bezrobociu nie może znaleźć pracowników z potrzebnymi kwalifikacjami. To trzeba jednak traktować jako wyzwanie, a nie jako powód do załamywania rąk. Z jednej strony możliwie jak największej grupie ludzi trzeba stworzyć szanse poprawy kwalifikacji. Z drugiej strony należy ułatwić migrację wewnątrz kraju. W porównaniu ze społeczeństwami zachodnimi wciąż jesteśmy stosunkowo mało mobilni. Ta najbardziej dynamiczna grupa wyrusza do Irlandii, ale olbrzymia masa ludzi trzyma się swojego miejsca zamieszkania i nie bardzo potrafi sobie wyobrazić wędrówkę w poszukiwaniu pracy wewnątrz własnego kraju.

Dziękuję za rozmowę.

Źródło Kurier Szczeciński

<< wstecz   dalej >>
(C) 2007 Fundacja Veritas